rozrywka   podróże   fachowo   poczta   startuj!
jaWsieci
 jaWsieci.pl podróże Moje Miasto ŁABĘDZI ŚPIEW SYRENIEGO GRODU
 Redaguje: Mateusz Kwaterko
Łabędzi śpiew syreniego grodu
Żeby nie zasuwać drętwej mowy, rozpocznę swoją niedopieczoną wypowiedź od podstawowego twierdzenia: istnieją dwie Warszawy. Przybysze z "prowincji" (dawniej nazywani pogardliwie żłobami, orczykami, chomątami, trepami lub pobytowcami), jak również większość osób na stałe zameldowanych w tym mieście, znają tylko jedną z nich - stolicę. Tę Warszawę trudno pokochać. Sęk w tym, że status tej drugiej, ponoć godnej prawdziwej miłości, Warszawy - "syreniego grodu" - jest cokolwiek szemrany: ona już nie istnieje, a jeśli nawet, to umówienie się z nią na schadzkę nastręcza nielada kłopotu.

Szukałem jej cierpliwie, metodycznie, nie zważając na niebezpieczeństwa. Pod martwą, betonową powłoką próbowałem odnaleźć serce tego zaginionego miasta. Zabłądziłem, poniosłem klęskę: albo nie nadawałem się na eksploratora, albo sprawa była od początku beznadziejna. Sądzę, że byłem zbyt słaby lub wymagający, by pokochać Warszawę taką jaka jest, a niewystarczająco wytrwały lub naiwny, by odkryć taką Warszawę, jaką odkryć chciałem. Błądziłem po mojej brzydkiej Warszawie, szarych podwórzach i bezkresnych placach; zawodząc smętnie: Niech fala cegieł mnie pogrzebie / Jeśli kochałem cię zbyt mało. Przysypała mnie lawina nudy. Przyjmijmy, że to zgniły kosmopolityzm uniemożliwił mi zrozumienie tajemnej gwary tego miasta (jak również znalezienie "północno-zachodniego przesmyku", by pozostać przy literackich aluzjach). To wyznanie was nie zadowoli, i słusznie. Obiecano wam ekskursję po moim mieście, a przewodnik nucący "piosenkę niekochanego" to istne utrapienie - hultaj, nie cicerone. Tym niemniej muszę lojalnie uprzedzić, iż nie czuję się na siłach, by snuć, koniecznie monopolowym głosem, obfitujące w barwne szczegóły opowieści, nawiązujące do legendarnych wyczynów moich ziomków, którzy, jak wiadomo, zwykli rozstrzygać najmniejsze różnice zdań kosą, majchrem lub szpadrynką. Przebieranie się, ku uciesze czytelniczej gawiedzi, w jaskrawe, choć podarte szaty nadwiślańskiego andrusa, autentycznego antka czyli rodaka warszawskiego z dawnych mitycznych czasów, uważam za pomysł niefortunny i groteskowy. Trudno napawać się liryzmem Grzesiuka czy Orkiestry z Chmielnej w chwili, gdy ich wiekopomne szlagiery emituje MTV Polska, i to w wykonaniu Muńka Staszczyka. Na samą myśl o przytaczaniu historycznych ciekawostek, którymi wypełnione są setki woluminów opisujących dzieje Warszawy, robi mi się niedobrze. W widoku starszych panów, w wytartych jesionkach, szturmujących antykwaryczne działy z Varsavianami nie ma, moim zdaniem, nic krzepiącego.

...Łabędź czująca śmierć syrena... Dawnej Warszawy już nie ma, może nigdy nie istniała. Czemu mielibyśmy bowiem ufać archiwalnym filmom, historycznym czytadłom i pamięci naszych babek, które zwykły, w porywach sklerotycznej nostalgii, wspominać mury kamienic, które udzielały schronienia pierwszym porywom ich urojonej młodości, młodości wyburzonej, wysadzonej w powietrze i wypalonej aż po fundamenty...?
Czy możemy wierzyć naszym rodzicom, którzy dorastali już pod innymi, posępnymi strzechami, jakie zostały im zaprojektowane, ku wiecznej chwale lepszego jutra, przez heroldów biurokratycznych dyktatów, a niekiedy przez mniej tępawych, choć niemniej dogmatycznych proroków funkcjonalizmu spod znaku Le Corbusiera?
Wreszcie, czy powinniśmy zaufać własnym doświadczeniom? My, którzy - to nie jest metafora - nigdy nie czepialiśmy się tramwajów, a dziś pokutujemy za tę dziecięcą roztropność, doświadczając na własnej skórze idiotyzmu miejskiej egzystencji!

Z braku dawnej Warszawy (Stare i Nowe Miasto są zwykłymi, choć nie pozbawionymi pewnego uroku, atrapami - dekoracjami na użytek turystów i weekendowych psychogeografów) pozostała nam Warszawa nowa. City. To prawda, każdy spacer obfituje w niespodzianki, niestety, raczej bolesne: odkrycia kolejnych wieżowców rzucających cień na ruiny miasta - jak widać żyzną glebę dla tego rodzaju intruzów. W tych wysmukłych biurowych grzybach pracują, a raczej żyją, nowi ludzie, wychowankowie dobrych szkół, w których wpajano im, z zadziwiającą skutecznością, podstawowe zasady mikoryzy i mikotroficzności. Tak, telewizja nie kłamie - w ruiny Warszawy wgryzają się zębiska nowego, niewątpliwie wspanialszego świata, szklane widma rynkowego eonu. Tu także wykuwa się nowa myśl, która najbardziej zatwardziałego optymistę może skłonić do porzucenia wszelkiej nadziei, śmiała myśl architektów... Nie twierdzę, że wszyscy oni są tak bezczelnymi szarlatanami jak szef tego konformistycznego sprzysiężenia urbanistów - niejaki Budzyński - ale, należy im oddać tę sprawiedliwość: wszystkich ich, bez wyjątku, należałoby bezzwłocznie powiesić na projektowanych przezeń ochoczo seledynowych kolumnach, nabrzmiałych od natrętnej symboliki...
Jest jeszcze zieleń, wolna przestrzeń... Parki, skwerki, sady, działki i miejskie nieużytki. Choć w Warszawie, jak zostało dowiedzione, próżno by szukać Warszawy, można w niej znaleźć wytchnienie od tego nieszczęsnego miasta. Trzeba się uzbroić w cierpliwość i poczekać na słońce. Najlepiej majowe. Jeśli o mnie chodzi, to staram się nie wychodzić z domu częściej niż raz do roku.

Ostatnimi czasy ulubioną rozrywką warszawiaków - tych, którym odziedziczony majątek lub próżniacze usposobienie zezwalają na luksus bezinteresownej kontemplacji - jest obserwowanie młodych i przebojowych ludzi, którzy ciągną ze wszystkich zakątków kraju na podbój stolicy. Przypatrzmy im się, siedzącym w jednej z szykownych restauracji (przekazywana poufnie fama głosi bowiem, że modne kluby, puby i restauracje są szkółką hodowlaną przyszłych piastunów najwyższych godności); tu właśnie spotykają się, by trawić parodie potraw spod znaku nouvelle cuisine - na które wydają ostatnie grosze powierzone im przez kochających rodziców - czekając, aż świat odda im sprawiedliwość i usieje milionami drogę ich życia; wszyscy ci nieszczęśni prowincjusze rozpaczliwie poszukują możnych i hojnych pracodawców, którzy pozwoliliby im się ogrzać w promieniach stołecznej sławy; póki co jednak marnotrawią swoje liczne talenty, rozmieniając się na drobne. Ci, którzy urodzili się pod szczęśliwą gwiazdą, wyrabiają wierszówkę dla "Wieści Bielan" czy innego "Głosu Ursynowa", posyłając do domu wycinki wszystkich sygnowanych przez siebie notatek o rozjechanych psach i rozumnych postanowieniach lokalnych władz, aby przyjaciele i krewni uwierzyli w ich wielkie tryumfy. Większość jednak spędza kolejne dni i noce przy stolikach lokali coraz niższych kategorii, wiecznie wystawiona na sprzedaż, czekając na pana, co nie nadchodzi.

Chociaż wzbudzę tym prawdopodobnie święte oburzenie stołecznych komunitarian (lamentującym za prorokiem Jeremiaszem: Quomodo sedet sola civitas plena populo!), to przyznam szczerze, że miejska samotność wydaje mi się nierzadko prawdziwym dobrodziejstwem. Wystarczy się przyjrzeć indywiduom, z którymi przyszłoby nam współtworzyć miejską Gemeinschaft, by dostrzec pozytywy galopującej atomizacji. W Warszawie rzeczywiście nietrudno o święty spokój: wystarczy trzymać się z dala od wszelkich salonów - tak plebejskich, jak i "jelitarnych". Jeśli przestrzegać będziemy kilku prostych zasad - stronić od obskurnych zakątków w rodzaju Krakowskiego Przedmieścia (które zresztą, ostatnio, znacznie podupadło w towarzyskim rankingu), nie odbierać telefonów, nie nawiązywać nowych, zawsze owocnych kontaktów - to nic nie będzie nam zawracało głowy, nikt nie będzie nas tykać, szkalować, wplątywać w podwórkowe intrygi i dzielić się z nami najnowszymi plotkami, dzięki czemu wieść będziemy żywot godny błogosławionych pustelników (trochę, co prawda, monotonny, ale taki już los pustelników).

Na koniec pozwolę sobie na zwięzłą uwagę adresowaną do tych, pożałowania godnych, czytelników, którzy nie mieli szczęścia urodzić się, dorastać i dożywać spokojnej starości pod niebem mojego cudownego miasta. Wyrzekanie na to miasto i na zaludniający je barwny, heterogeniczny tłumek to niezmienne upodobanie i cecha dystynktywna warszawiaków, ich odwieczna façon d'ętre. Nie wyrasta ona z jakichś mniej lub bardziej utajonych kompleksów, ale ze zwykłego nadmiaru szczęścia. Wszyscy tubylcy wiedzą doskonale, że Warszawa to najpiękniejszy z grodów, siedziba inteligencji, piękna i poezji. Jeśli warszawiacy unikają proklamowania tej oczywistości wszem i wobec, to jedynie z wrodzonej delikatności. Czemuż mielibyśmy, już i tak obiektywnie nieszczęsnym mieszkańcom innych zakątków kraju - zaszczepiać subiektywne poczucie niedoli?


Mateusz Kwaterko




pogoda
wiadomości
prasówka
kalendarz
kontakt:
poczta
sms
czat
dyskusje
forum
blogi
kartki
e-dyski
strony
tematy
szukam:
e-zasoby
tv & radio
odjazdy
rozrywka
podróże
zdrowie
sztuka:
teatr
kino
muzyka
literatura
e-galeria
muzeum
recenzje
inicjatywy
wydarzenia
zakupy
pieniądze
fachowo
patronaty
reklama
taxi




Ostre akcje w obronie zwierząt
O portalu | Kontakt | Komunikaty | Pełny nawigator | Reklama | Strony WWW | Serwer | Domeny | Współpraca
© Copyright by jaWsieci 2001-2010. Wszystkie prawa zastrzeżone. Regulamin portalu
[do góry]